| |
Koty i dinozaury |
Przedruk artykułu Koty i dinozaury z Inkluza nr 51. Kiedyś, kiedy był mały, nie wiedział, że istnieje coś takiego jak pisarz. Jego dziecięcy umysł nie potrafił ogarnąć faktu, że jakakolwiek książka mogłaby być stworzona przez zwykłego człowieka. Szybko odkrył, skąd biorą się dzieci ("tylko przedszkolaki wierzą w bociana!"), ale na pytanie, skąd biorą się książki, odpowiadał: z biblioteki. Monumentalny gmach, zamieszkany przez podstarzałe bibliotekarki, stał się dla niego wielką macierzą wszystkich książek. Dorastając, dowiedział się o wielu rzeczach niepojętych dla dziecka. Nowe umiejętności, nowe wymagania i całe to zamieszanie z libido... Świat wirował, każdego dnia przynosząc zmiany. Pewnego razu spotkał prawdziwego pisarza. W tamtym czasie kilogramami pochłaniał powieści sensacyjne, stworzone przez ludzi żyjących wiele, wiele lat przed nim. Fascynowały go - z jego perspektywy wydawały się dziwne i egzotyczne. Ich autor okazał się znacznie zwyklejszy. "Kto wie, co kryje się za horyzontem?" - pytał, śmiesznie mrużąc starcze oczy. Słuchając go razem z grupką innych fanów, nasz bohater doszedł do wniosku, że ma do czynienia z człowiekiem zmęczonym; z człowiekiem, który był świadkiem przeminięcia własnej epoki. Pisarze wymarli, tak jak koty i dinozaury. Lata mijały. Nasz bohater poszedł na studia, skończył je i znalazł sobie porządną, odpowiedzialną pracę. Harował ciężko, ale jego wysiłki zawsze zwracały się z naddatkiem. Był młody i ambitny. Miał cel i niewiele więcej go obchodziło. Zdarzyło się raz, że szedł na spotkanie z klientem. Otwierając drzwi, wpadł prosto na nią. Spojrzała mu w oczy i tym jednym spojrzeniem skradła duszę. Kochali się często i namiętne. Zaczęli żyć jednym życiem, snuć wspólne plany, a po kilku latach oficjalnie zostali małżeństwem. Dzielili wspólną fascynację starymi, niemal niezrozumiałymi książkami. Z biegiem czasu ich mieszkanie zapełniło się pożółkłymi woluminami przeróżnej proweniencji. "Jest w tym coś perwersyjnego" - mówił jej, kiedy otwierał nową książkę. W takich chwilach czuł przyjemne podniecenie. Było, nie było, trzymał w rękach kawałek historii. On awansował, ona zaszła w ciążę. Zaczął budowę domu, oszczędzał i mądrze
inwestował swoje pieniądze. Drugie dziecko pojawiło się, kiedy zakładał
własną firmę. Prawdę mówiąc, miał niewiele czasu na refleksje, ale i tak
nie narzekał. Był szczęśliwy i mógł sobie pozwolić nawet na tak ekscentryczne
hobby, jak czytelnictwo. Dzieci rosły szybko. Dziwił się niezmiernie, jak ciężko za nimi nadążyć. Wczoraj szkrab - dziś podlotek. Były inne niż on w ich wieku. Bardziej nowoczesne, szybsze i bystrzejsze. Ich obecność uświadamiała mu, że starość zbliża się wielkimi krokami. Mimo to kochał je całym sercem i w razie potrzeby byłby gotów oddać za nie życie. Jednak życie nie wymagało od niego aż takiego heroizmu. Dzieci dorosły, wyprowadziły się i założyły własne rodziny. Zaczął siwieć i liczyć dni do emerytury. Jego żona ciągle była piękna, ale przyłapał się na tym, że patrzy na nią w inny sposób, niż przed laty. Nie wydawała mu się już boginią seksu; teraz widział w niej więcej ze swojej matki - łagodnej i czułej. Przeżył w małżeństwie więcej niż połowę dorosłego życia. Po tych wszystkich latach, nie potrafił myśleć o sobie jako o samotniku. Miał samolubną nadzieję, że umrze pierwszy. Nie było mu to pisane. Pewnego ranka obudził się obok zimnego, martwego ciała. Ciała, którego niegdyś pożądał, a które teraz było tylko pustą skorupą. Śmierć przyszła cicho i niespodziewanie, zabierając tego, kogo w jego opinii nigdy nie powinna zabrać. Wieczorem, po pogrzebie, snuł się pośród przydomowych ogrodów. Sam budynek był pusty i martwy, wypełniony już tylko książkami. Nie mógł w nim wytrzymać. Drepcząc po starej ścieżce, przypomniał sobie rozmowę z jedynym poznanym pisarzem. Zrozumiał, że jego własna era przeminęła, tak jak era tamtego zmęczonego staruszka sprzed lat. On - nawet nie koneser, ale zwykły zbieracz literatury; marny, skundlony chomik, niepotrafiący rozgryźć sposobu myślenia ludzi, którzy przed wiekami stworzyli wszystkie książki... Brakowało mu czegoś istotnego. Przytłoczony nieustającym przemijaniem, żałował, że nigdy nie potrafił powtórzyć wyczynów wielkich pisarzy z przeszłości; że nigdy nawet nie spróbował. Żył dobrym, szczęśliwym życiem - temu nie zaprzeczał - ale teraz wszystko odeszło. Pozostało tylko cierpienie. Emocje były zbyt silne. Zawiodła arteria. Ostatni czytelnik odszedł do krainy za horyzontem, w której czekali na niego pisarze, koty i dinozaury. |