Spis treści Felietony


Joe Abrakadabra

Ideaversum
Czyli
Polowanie Na Inspirację

Przedruk artykułu Ideaversum Czyli Polowanie Na Inspirację z Inkluza nr 19 (po korekcie).

Potrzebne będą wyjaśnienia.

Tekst ten powstaje dla mnie. Dla mojej osoby. Kiedy na jego końcu wstawię wreszcie swój e-mail (co w moim przypadku zastępuje kwestię "Ufff... Skończyłem!"), podeślę go do którejś z internetowych redakcji, ku uciesze redaktorów i być może ku Twojej także. Ale w tej chwili, o godzinie 23:17, w moim ciemnym pokoju, oświetlanym jedynie przez monitor i migającą diodę odtwarzacza kompaktów, robię to ze względu na siebie.

Być może zdążyliście rozpoznać po tytule (lub jak się domyślam, po jego drugiej części), o czym zamierzam się tutaj rozpisać. Być może zdradził się redaktor w swym wstępniaku. W każdym razie orientujecie się lepiej lub gorzej, iż będzie o łapaniu pomysłów. Nie spodziewajcie się jednak pierwszego odcinka Internetowo-Expresowo-Zaocznego Kursu Praktycznego, po którego zaliczeniu zagwarantuję Wam, iż będziecie sypać nowymi motywami niczym elewatory zbożowe (parafrazując pana Kryszaka ze słuchowiska "Całe Ryzyko"). Nie. Tego typu rzeczy szukajcie na księgarnianych stoiskach, obok pozycji typu "Jak Wygrać W Millionerach, Nie Dzwoniąc Do Przyjaciela".

Znajdziecie tutaj natomiast zbiór kilku ciekawych pomysłów, luźnych przemyśleń oraz co mądrzejszych wyrywków z moich własnych doświadczeń. Jak już wspominałem, pisanych z myślą o mnie. Po co pisać dla siebie? Proste. Ponieważ dzięki temu starać się będę zrozumieć i w następstwie usprawnić zabiegi i reakcje zachodzące w mojej głowie przy tworzeniu scenariuszy/opowiadań.

A teraz czytajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał.

"Skąd biorę pomysły?" Najczęstszą odpowiedzią jest oczywiste "...z głowy". W sumie racja. Przecież nie z żołądka. Ale co tę głowę zapełnia? Albo co ważniejsze: jak ją zapełnić? To już nie jest takie proste. Kilkukrotne w różnych artykułach spotkałem się z teorią Ulicy. Wystarczy wyjść na ulicę, inspiracja już tam leży. Jestem pewien, że wielu z was tak próbowało. Jednym się udało. Drugim wcale. Okazuje się bowiem, że inspirację tak samo trudno jest tam znaleźć jak te przysłowiowe pieniądze. Niektórzy zwalą pewnie winę na samą ulicę. Albo miasto/wieś, w której mieszkają. "Tu nie dzieje się nic ciekawego!", "Tu nie ma nic do oglądania!", "Tam, gdzie mieszkam, jest po prostu nudno". To może być część prawdy. Może. Ale nie musi. Przyzwyczajeni do otoczenia, w którym się znajdujemy, nie potrafimy odnaleźć w nim niczego ciekawego. To, co mijamy, idąc codziennie do pracy/szkoły, jest tylko tym, co mijamy, idąc codziennie do pracy/szkoły. Ale wystarczy przystanąć na chwilę i otworzyć szeroko oczy, a coś zawsze znajdziecie. Sam byłem zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że od dzieciństwa mieszkam o sto metrów od domu, w jakim mieszkał i doznawał swych wizji jeden ze słynniejszych średniowiecznych gnostyków, Jakub Bohme, którego księgi zostały zakazane przez Kościół. Natomiast dwieście metrów w innym kierunku stoi trzypiętrowa ruina szpitalu zakaźnego, w którym wybuchł kiedyś pożar. Nie wiedziałem też, że pod moim miastem ciągnie się sieć korytarzy, na których eksplorację Urząd Miasta nie ma pieniędzy, więc zasypano wszystkie wejścia. Zacząłem zauważać te wszystkie stare kamienice, które wcześniej wydawały mi się tylko szarymi i obskurnymi melinami. Ktoś zaraz jęknie: "To nie zmysł obserwacji. Miasto ma ciekawą/bogatą przeszłość i tyle". Zgadza się. Ale i teraz dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Przykład pierwszy z brzegu: przed samym wejściem do jednego z kościołów zaczęto budować kolejny hipermarket. Już tylko z tego, mógłbym wycisnąć kilka świetnych pomysłów.

Jak wyłowić te perełki z szarej codzienności? Jak z otaczającej nas rzeczywistości zbudować scenariusz? Przede wszystkim trzeba mieć w sobie coś z fotografa, by móc znaleźć i wykadrować interesujący motyw. Trzeba mieć coś z malarza, by wyobraźnią nadać temu czemuś życia. No i trzeba mieć coś z pisarza, aby stworzyć z tego wciągający scenariusz. A jeśli będziesz chciał to jeszcze poprowadzić... obawiam się, iż będziesz też musiał być Mistrzem Gry.

No i wygodne buty.

Tyle jeśli chodzi o miasto. A co z mieszkańcami? Czy potrafisz z ich twarzy wyczytać ciekawe historie? Znam nasze realia i wiem, że co drugi Polak to gruba pani z reklamówkami biegnąca do domu, babcia w berecie albo łysy dresiarz... ale nie należy się poddawać. Przestań patrzeć na tego dziadka jak na starego żula kupującego tanie wino. Zapomnij o otoczeniu i okolicznościach. Skup się na nim. Widzisz ten jego dziwny krok? Ręce schowane głęboko w kieszeniach płaszcza (co on tam do cholery trzyma!)? A teraz wyobraź sobie park nocą i jego twarz, oświetloną przez chwilę migotliwym płomieniem odpalanej zapałki. I choć sam do chwili obecnej tylko raz wykorzystałem czyjąś postać (dla zainteresowanych: chodzi o maga Rochaira, w scenariuszu Wojna & Pokój "113") wiem, że znalazłoby się jeszcze kilka, a uważam, że mieszkam w mieście pełnym statystów polskich telenowel.

Sny. Tutaj mamy do czynienia z olbrzymim źródłem inspiracji. Jeśli tylko ktoś pamięta, o czym śnił. Ja zazwyczaj nie. Podobno jest na to sposób. Wystarczy zaraz po przebudzeniu (najlepiej gwałtownym) zastanowić się przez chwilę nad ostatnim snem i wszystko wróci. Niestety do tego też nie mam pamięci. Na podstawie naszych sennych marzeń (lub koszmarów... sam nie wiem co ciekawsze) trudno napisać kompletną fabułę. Chyba, że gramy w Kult albo ZC (w tym drugim przypadku chodzi mi oczywiście o setting DreamLandsów). Co innego, jeśli chcemy tylko wprowadzić jakieś dziwne wizje lub opisy magicznych miejsc. Nie trzeba nawet wychodzić z domu. Ha! Nie trzeba nawet wychodzić z łóżka! I znowu przykład: czytając Frankenstein Faktorię, zwróćcie uwagę na motyw z setkami lampek choinkowych oświetlających halę fabryczną. Sam to wyśniłem.

Różne używki chemiczne i naturalne. Nieeee... Wystarczy, że oskarżają nas o satanizm.

Jednym z najczęstszych sposobów, w jaki wymyślam i tworzę scenariusz, jest "rozwijanie słowa". Siadam przed pustą kartką (lub czystym monitorem) i zapisuję na niej jakieś ciekawe słowo lub słowa. Nie wiem, jak jest z wami, ale mnie zawsze intrygowały niektóre wyrazy. Czy chodziło o ich brzmienie, czy może o znaczenie? Nie mam pojęcia. Po prostu gdy o nich myślałem, wyobraźnia sama zaczynała pracować. Czy wiecie skąd wziął się scenariusz do Zagubionej Autostrady? Lynchowi po prostu spodobało się coś w słowach, które później utworzyły tytuł. Rozwijając dane słowa, myślę zawsze o ich najciekawszym sposobie wykorzystania. Najbardziej zaskakującym. Najbardziej szalonym. Najlepszym. Zastanawiam się, co tu dodać, by późniejszych Graczy zadziwić. Więc do pierwszego dopisuje kolejne. I jeszcze jedno. I jeszcze jedno. Każde następne zaczyna popychać wyobraźnię dalej. Zaczyna tworzyć jakąś fabułę. Z początku może niejasną, toporną lub bezsensowną. Ale tym nie należy się przejmować. Szczegóły doszlifuje się na koniec. Nie należy jednak iść po linii najmniejszego oporu. Tu nie chodzi o pierwsze lepsze skojarzenie. Jeśli nie jesteś zadowolony z efektu... po prostu kombinuj dalej. Tak właśnie powstały moje dwie ramki w piątym numerze Portalu. "W jaki ciekawy sposób można wykorzystać na sesji książkę?" No i bum! To samo z "chirurgiem" w MiMi-e.

Kolejnym bodźcem pobudzającym do tworzenia jest muzyka. Nie ta, która budzi nas rano i nie ta, która leje się z radia lub TV, kiedy wsuwamy kolejna porcję obiadu. Nie. Miałem na myśli tę muzykę, nad którą kontemplujemy w ciszy i spokoju. Której słuchamy, a nie odbieramy. Bowiem tylko wtedy może ona nam pomóc. Siła muzyki tkwi w jej niematerialności. Umożliwia to tym samym dość swobodną interpretację słuchanego kawałka (oczywiście nie zawsze...). Przy zamkniętych oczach w trakcie grania odpowiedniej muzyczki obrazy same ładują nam się do głowy. Tworzymy nasze własne teledyski do danego utworu. I o to chodzi. Starajmy się wyobrazić sobie trailer (inaczej "zajawkę") do nieistniejącego filmu. Nie musi mieć sensu. Wpierw wymyślmy szalone akcje, fragmenty szczęko-łamiących dialogów i bohaterów z piekła rodem. Złapmy klimat. I nie puszczajmy, dopóki nie będziemy mieli gotowego zarysu fabuły (nawet wydawałoby się wątłego). Dopiero wtedy ściszamy wieżę, przepraszamy sąsiadów za zakłócanie ciszy nocnej i zasiadamy do stołu, by tworzyć resztę.

Czy można się inspirować gotowymi obiektami? Np. ilustracją, powieścią albo filmem? Oczywiście. Ale to delikatniejsza zabawa. Zbyt łatwo można wpaść w puste naśladownictwo, plagiat oraz wykorzystywanie gotowych pomysłów. Sam zazwyczaj zatrzymuje się na samym koncepcie lub klimacie. Nie biorę postaci Franka Blacka (z kultowego serialu Millennium), nie zmieniam mu nazwiska i nie traktuje później jako swojej kreacji. Nie. Przypominam sobie jego wyraz twarzy... Chropowaty głos... i wymyślam (powtarzam: wymyślam) kogoś (w tym wypadku) równie smutnego. Kogoś, kogo Lance Henriksen również mógłby zagrać. Kogoś, komu interesy zawodowe odbierają najbliższych. I tak dalej...

Konkretny przykład: Zew Cthulhu vs Matrix. Pomysł żywcem zerżnięty z filmu. Tak. Ale wystarczy że zamiast komputerów użyte zostały Pradawne Bóstwa, a całość idzie w zupełnie innym kierunku. Jest pretekstem do zupełnie nowych pomysłów. Jakich? Heh... niedługo zobaczycie.

Ważna rzecz: wszystko jest w porządku, jeżeli opierając się na konkretnej pozycji (obiekcie), tworzysz coś własnego. I pieprzyć prawników!

Jeśli zatrzymacie się w tym miejscu i zastanowicie nad przeczytanym do tej pory tekstem, być może dojdziecie do podobnych wniosków, które przed chwilą mnie uderzyły. Inspiracji i pomysłów najlepiej szuka się na zewnątrz (świadomie bądź nieświadomie). Nie w głowie (tak, uważam, że nasze sny mają miejsce gdzieś poza naszym ciałem). W naszej czaszce tylko je modelujemy. Staram się nie zaczynać pisania czegoś, mając na stole jedynie arkusz czystego papieru. Bardzo trudno jest bowiem wymyślić coś z niczego. Sięgam do Ideaversum.

Z terminem tym spotkałem się w jednym z internetowych wywiadów przeprowadzonym z Alanem Moore'em i Grantem Morrisonem. Ludzie ci uznawani są za jednych z najważniejszych pisarzy kultury tak zwykłej, jak i popularnej. Szamani prozy i sprzedawcy myśli transcendentnej. Słowem Ideaversum określili koncept realnej przestrzeni wypełnionej pomysłami. Nieskończenie wielką ilością szelkich możliwych kombinacji i permutacji wirujących pomysłów. To wszystko gdzieś tam jest. W tej realnej, lecz niematerialnej przestrzeni. Wystarczy tylko urządzić małe polowanie. Wyruszyć z wędką wyobraźni.

Lubię tę teorię.

Dlaczego? Ponieważ ułatwia mi tworzenie. Biała kartka i biały ekran nie są już dla mnie przerażające. To chyba właśnie w tym tkwi niemoc twórcza. W blokadzie założonej przez myśl "trzeba-coś-napisać-nic-nie-mam-trzeba-coś-napisać-nic-nie-mam". Ideaversum odwraca od tego uwagę. Nie staram się czegoś wymyślić, tylko znaleźć. Przebierać wyobraźnią w tej olbrzymiej hałdzie inspiracji. Brzmi idiotycznie? Możliwe. Ale nie gorzej niż wytłumaczenie komuś, że zamykam się na kilka godzin wraz przyjaciółmi w ciemnym pokoju wyłącznie w celu nieszkodliwej zabawy.

Na górę strony