Spis treści Cum libro

 


Borys Jagielski

Gdyby książka mogła śpiewać...


Przedruk artykułu Gdyby książka mogła śpiewać... z Inkluza nr 66.

Co jest najważniejszym elementem odpowiedzialnym za budowanie nastroju w filmach? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ja tak. I doszedłem natychmiast do wniosku, że odpowiedź brzmi: muzyka. Jeśli macie wątpliwości, spróbujcie obejrzeć horror, w którym wyjątkowo straszną scenę ilustruje przejmująca ścieżka dźwiękowa. A teraz wyobraźcie sobie tę samą scenę, lecz pozbawioną zupełnie tła muzycznego. Jest różnica, prawda? Pójdźmy jeszcze o krok dalej i wyobraźmy sobie ponownie te same ujęcia, lecz tym razem w towarzystwie dźwięków zupełnie frywolnych, skocznych i wesołych. I co? Scena całkowicie straci swą pierwotną wymowę, groza wypływająca z ekranu zastąpiona zostanie groteską, może nawet humorem.

Pod względem merytorycznym wszystkie media ewoluują mniej więcej w tym samym tempie, lecz pod względem technicznym jedne zmieniają się szybciej od drugich. Długa droga dzieli prymitywne filmy braci Lumiere z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku od nowoczesnego IMAX-u. Film niemy najpierw zyskał głos, potem z czarno-białego przeistoczył się w kolorowy, pojawiły się nowe standardy odtwarzania dźwięku, na rynek wkroczyły kasety wideo, potem DVD, a posiadacze komputerów cieszyć mogą oko nielegalnymi DivX-ami. Muzyka? Płyty winylowe, kasety, płyty kompaktowe, walkmany, discmany, nowoczesne odtwarzacze przenośne z wbudowanymi twardymi dyskami, mp3 i multum innych sposobów kompresji... Sami dobrze wiecie.

Książka tymczasem, choć dużo starsza i od filmu, i od muzyki (tej zapisywanej na nośnikach), z biegiem dekad właściwie wcale się nie zmienia. Ciągle poczuć możemy w dłoniach te same, twarde (lub miękkie, ale zawsze nieco sztywniejsze od reszty) okładki, pomiędzy którymi szeleszczą białe kartki pokryte setkami tysięcy czarnych znaczków atramentowych. Niektóre książki drukowane są na papierze toaletowym (vide cykl o wiedźminie Sapkowskiego), inne na błyszczącym papierze kredowym (vide produkty chciwych wydawnictw pragnących zarobić jak najwięcej na pojedynczym egzemplarzu); jedne są szyte i ząb czasu prawie w ogóle nie jest ich w stanie nadgryźć, inne są klejone i rozpadają się po pierwszym czytaniu (pod tym względem Sapkowski również miał pecha). Uogólniając jednak, książka jako przedmiot się nie zmienia i o ile braciom Lumiere bardzo trudno byłoby wytłumaczyć, czym jest DVD, o tyle Gutenberg nie miałby żadnych problemów z rozpoznaniem współcześnie wydrukowanej książki jako swego dziedzictwa.

Czy tak będzie zawsze? Oczywiście, że nie. Przypuszczam, że w ciągu bieżącego stulecia sytuacja ulegnie wreszcie zmianie. Prędzej czy później pojawią się tanie, masowo produkowane cienkie wyświetlacze z wbudowanymi kilkudziesięcioma megabajtami pamięci zdolnymi pomieścić treść setek książek. Lektura z wykorzystaniem takiego gadżetu nie będzie bardzo różniła się od czytania książki papierowej, a termin ebook przestanie wreszcie kojarzyć się z pełnymi literówek skanami o dziwacznie połamanych wersach. Książka zmieni nośnik na cyfrowy jako ostatnia w rodzinie mediów - bo po filmie i po muzyce, a także po gazetach i czasopismach, których pokaźną część już teraz można zupełnie legalnie nabywać w postaci elektronicznej - i właśnie dzięki temu ta transformacja będzie najbardziej emocjonująca.

Nie wiem, w jakich warunkach zwykliście czytać powieści. Jeśli zdarzyło się Wam robić to kiedyś z muzyką grającą w tle - czy to z radia, czy odtwarzacza - powinniście wiedzieć, że odpowiednio dobrane dźwięki, podobnie jak w przypadku filmu, potrafią wzmocnić o parę rzędów wielkości doznania płynące z lektury. Działają tu dokładnie te same zasady, według których muzyka najsilniej ze wszystkich bodźców zmysłowych potrafi wprowadzić nasz umysł w odpowiedni nastrój. Rzecz jasna, nie jakakolwiek muzyka, bo nie sądzę, by komuś piosenki Spice Girls dobrze korespondowały z treścią, powiedzmy, dowolnej powieści Lema. Sedno sprawy tkwi w odpowiednim dobraniu melodii. Gdy ja po raz pierwszy kończyłem czytać ?Władcę Pierścieni?, za ścianą grała ?Jolka, Jolka? Budki Suflera. Pozornie wydaje się to kuriozalną kombinacją, lecz zapewniam Was, że melancholia piosenki w wykonaniu Andrzejczaka wprost idealnie współgrała z melancholią ostatnich stronic dzieła Tolkiena. Nie chodzi tu o słowa czy typ muzyki, ale tylko i wyłącznie nastrój, jaki buduje.

Samodzielne układanie ścieżki dźwiękowej przed rozpoczęciem lektury nowej powieści dobrym rozwiązaniem nie jest, po pierwsze dlatego, że w trakcie czytania nikomu nie będzie chciało się zmieniać pilotem utworów, a po drugie również dlatego, iż lektura poszczególnych fragmentów książki trwa zwykle dłużej niż przeciętnej długości piosenka. Jest co prawda opcja REPEAT, ale... Nie, zdecydowanie nie o to chodzi. Można też czytać książki przy brzęczącym cicho radiu i liczyć na to, że od czasu do czasu lecący z głośników utwór będzie stanowił udane tło dla aktualnie czytanych akapitów. Ale to również rozwiązenie połowiczne i niesatysfakcjonujące.

W końcu jednak pojawią się wspomniane wyżej ebooki z prawdziwego zdarzenia - elektroniczne, przenośne gadżety służące do czytania książek, których treść będzie wyświetlana na wyraźnym, ciekłokrystalicznym ekranie - a pomysłowi ludzie z branży monomedialnością się na pewno nie zadowolą. Nic nie będzie stało na przeszkodzie, by w pamięci umieścić kilka, kilkanaście odpowiednio dobranych utworów muzycznych, które załączać się będą w momencie, w którym czytelnik dotrze do odpowiedniej strony. Przeżycia związane z lekturą zostaną w znacznym stopniu wzbogacone. Nie dość, że idealnie pasujący podkład muzyczny podkreślać będzie emocje czytającego, to na dodatek pojawi się element niespodzianki. Odtąd czytelnik w trakcie lektury zastanawiać się będzie nie tylko nad tym, jak opisywane wydarzenia się zakończą, ale również nad tym, jakich utworów przyjdzie mu jeszcze wysłuchać i czy odkryje wśród nich coś znanego.

Czy sceptycy zaczęli już kręcić głowami? To dobrze, kręćcie dalej, bo przekonywać Was nie będę ? tutaj chodzi o wizję, nie o przyziemne niuanse. Wiem, że pojawienie się w książkach muzyki może przyczynić się do zwiększenia ich kosztów; wiem, że wiele osób w czasie czytania muzyka ? jakakolwiek muzyka ? po prostu rozprasza; wiem, że słuchawki staną się niezbędne.

Spróbujcie jednak wyobrazić sobie pierwszy lepszy film całkowicie pozbawiony muzycznej ścieżki dźwiękowej. Kiepski pomysł, prawda? Więc niewykluczone, że kiedyś muzyka stanie się równie nieodłącznym elementem książek. Od strony czysto technicznej to na pewno nie mrzonka, musimy po prostu trochę poczekać. Technologia wciąż kroczy naprzód wielkimi krokami. Multimedialne encyklopedie robiły furorę na rynku w latach dziewięćdziesiątych. W końcu przyjdzie czas na multimedialne książki. Czego sobie i Wam życzę, bo przecież zawsze każdy będzie mógł skorzystać z przycisku MUTE.

Na górę strony