|
|
Bremervoord |
Przedruk artykułu Bremervoord z Inkluza nr 57. Trudno się oprzeć czarowi Bremervoord - jego wybrzeżom z majestatycznymi, dumnymi klifami, potężnym falom rozbijającym się o wapienne skały, plażom przechodzącym nagle we wrzosowiska, syrenom radośnie pluskającym się w wodzie, krzykowi mew o poranku i chłodowi morskiej bryzy. Daj mi rękę i przejdźmy się po plaży, a ja opowiem Ci o tym, co w Bremervoord najpiękniejsze... Au quai d'la fosse est amarré Księstwo Bremervoord jest położone na skalistym półwyspie na zachodzie Kontynentu. Ponieważ z trzech stron otaczają je wody Wielkiego Morza, panuje w nim typowo morski klimat, z łagodnymi zimami i nieco chłodnymi, deszczowymi latami. Jednak mimo że warunki klimatyczne są całkiem przyzwoite, nieurodzajne, powstałe na piaskowcach i wapieniach gleby nie pozwalają na rozwój rolnictwa. Środek lądu zajmują ogromne połacie łąk i lasów, gdzieniegdzie jedynie poprzecinane pasmami pól i urozmaicone osadami, które zamieszkują rolnicy starający się wydrzeć ile się da z jałowej ziemi. Dla bezpieczeństwa wioski są zwykle otoczone ostrokołem, gdyż na tych obszarach nietrudno o lykantropa czy inną gadzinę. Na gęściej zaludnionym wybrzeżu, w licznych wioskach i miasteczkach, rozwija się handel i rybołówstwo, którym to zajmuje się większość mieszkańców Bremervoord. Roślinność w głębi półwyspu niczym się nie różni od tej występującej na reszcie Kontynentu, jest równie bujna i obfita. Jednak nad brzegami morza występuje już tylko kilkanaście rodzajów paproci, traw i mszaków. W wodzie i na obmywanych przez nią stromych skałach rosną glony i porosty wszelkich kształtów i rozmiarów - morszczyny, morskie trawy, żabirośle, szkarłatnice i wiele, wiele innych, w tym także i algi jadalne - wykwintny przysmak, którego nie może zabraknąć na żadnym książęcym czy królewskim stole. Prócz rozmaitych wodorostów, w przybrzeżnych wodach znaleźć można niezliczone gatunki ryb, mięczaków i skorupiaków lub gąbek i ukwiałów, których ogromne kolonie rozwinęły się na wulkanicznych rafach wieńczących przylądek. Ale kraby, mątwy, omułki, strzykwy i wężowidła nie są jedynymi mieszkańcami morza - w marynarskich karczmach i gospodach można usłyszeć opowieści o gigantycznych ośmiornicach, smokożółwiach i krakenach, a także o nadlatujących znad lądu gryfach i wyvernach, które nagle spadały z nieba na niczego się nie spodziewających żeglarzy, mordując ich co do jednego. Nie może również zabraknąć morskiego ptactwa - albatrosów i mew, których krzyk zapada w pamięć na długie miesiące... Na końcu półwyspu, na kamienistym przylądku, znajduje się stolica księstwa - miasto Bremervoord, które od zwykłej rybackiej osady odróżnia jedynie górujący nad nim zamek księcia. Masywna, ascetyczna budowla z szarego kamienia bardziej przypomina fortecę czy twierdzę niż wysublimowane i wymuskane elfie pałacyki. Wokół pałacu rozpościera się kilkadziesiąt krytych strzechą domków o bielonych ścianach, niżej są keje i cumujące przy nich brygi, a dalej już tylko groźne i dzikie odmęty Wielkiego Morza. Miejscem godnym odwiedzenia jest z pewnością stary port rybny, który ze względu na unoszący się tam, niekoniecznie przyjemny zapach został zbudowany w pewnym oddaleniu od reszty stolicy. Mimo że już obecnie nie jest używany i brakuje mu tak typowego dla portów pośpiechu, przekrzykiwania się, przekleństw i biegających we wszystkie strony kupców, pachołków i żeglarzy, a życie toczy się nieśpiesznie, wciąż zachował swoją czarującą, bajkową atmosferę. Nie sposób się uwolnić od melancholijnego uroku, który roztacza "cmentarzysko", czyli wyschnięte doki, w których po dziś dzień stoją stare galery i drakkary. Nie brak tu również tawern i wyszynków, gdzie można usiąść w kącie z kubkiem grogu lub cydru i posłuchać fantastycznych opowieści sędziwych marynarzy. Może będzie to legenda o Stołowej Górze, na której starli się ponoć sam Kreve i Coram Agh Ter. Może bajanie o chutliwej Deahwt, przez którą Ys, perła zachodu, na zawsze została pogrzebana pod morskimi falami. Może niewiarygodne opowieści o tym, co przydarzyło się morskim wilkom podczas jednej z ich wielu wypraw, gdy na zrefowanych żaglach sunęli w dół cieśnin Skellige. Może po prostu przyjdzie posiedzieć w ciszy i posłuchać fal przyboju, których huk rozbrzmiewa na całym przylądku, i powspominać tych, którzy kiedyś wypłynęli, by już nigdy nie powrócić...
- Co mnie obchodzi, jak? - wrzasnął Agloval, Przez setki lat Bremervoord radziło sobie bez władcy. Mimo pozornej anarchii kraik rozwijał się i panował w nim ład i porządek - na barkach rządzili kapitanowie, na jarmarkach kupcy, a w domach kobiety. A jednak kilka lat temu, niejaki Agloval, korzystając z faktu, iż nikt z nim nie konkurował o ten fragment kamienistego wybrzeża, sam ogłosił się księciem Bremervoord i zaczął sprawować rządy w księstwie. Agloval jest władcą o bardzo trudnym charakterze - pyszny, zblazowany i zepsuty. Uważa, że może znieważać innych i wymagać od nich całkowitego posłuszeństwa i posłuchu. Niełatwo go zadowolić; jest zimny, lekceważący, a nierzadko niesprawiedliwy i nierozsądny. Szczęśliwie, ostatnimi czasy bez pamięci zakochał się w jednej z syren, które żyją w wodach Bremervoord - pięknej Sh`eenaz i teraz, kiedy ta przy pomocy morszczynki, czarownicy z samego dna Wielkiego Morza, przemieniła swój rybi ogon w nogi, zamierza ją poślubić. Naród ma więc nadzieję, że przyszła księżna ułagodzi niesfornego i denerwującego księcia, który przecież nie może być na wskroś złym człowiekiem, skoro jego serce potrafiło prawdziwie pokochać... Bremervoord nie posiada realnej armii. Jedyne zbrojne oddziały na całym półwyspie stanowi straż przyboczna księcia Aglovala, a także drużyny łuczników, które mają chronić nurków i rybaków przed czyhającymi na nich potworami. Kiedyś, gdy na morzu dzień i noc walczono z piratami, księstwo posiadało wiele dobrze przysposobionych do walki statków, ale od czasu, kiedy niebezpieczeństwo ze strony korsarzy przestało zagrażać, jednostki te leżą odłogiem w dokach, gnijąc i pleśniejąc. Obywatele Bremervoord pod pewnymi względami przypominają mieszkańców Skellige; prawdopodobnie obydwie te kultury mają te same korzenie. Jednak Skellige zachowało swoją odmienność, a Bremervoord uległo wpływom wielkich państw północy i wiele tradycji zostało zapomnianych. Nadal jednak można spotkać typowych przedstawicieli ludu półwyspu - osoby wysokie i dość masywne, o rudych włosach, elektryzującym zielonym spojrzeniu i najczęściej bardzo jasnej cerze, gęsto usianej piegami. Niektórzy Bremervoordczycy korzystają wciąż ze swojego dialektu, który jest prawie taki sam jak odmiana Starszej Mowy używana na Skellige, choć może nieco bardziej melodyjny i miękki, w brzmieniu podobny do śpiewnej mowy syren i nereid. Ciągle też obchodzi się charakterystyczne dla półwyspu "odpusty" - święta, podczas których grzesznicy gromadzą się w świątyniach i proszą siebie i bogów o wybaczenie, często śpiewając przy tym, tańcząc, pijąc i jedząc obficie. Tak jak na Wyspach, istniała tutaj również kiedyś idea klanów, lecz i ta tradycja, jak np. kult Modron Freyii, zginęła śmiercią naturalną. Po walkach między klanami pozostała jednak pamiątka - cmentarz leżący gdzieś na południowym wybrzeżu, w miejscu, gdzie zapisała się jedna ze smutniejszych kart w historii Bremervoord. Mogiły upamiętniają bitwę, która stoczyły ze sobą dwa klany, Thabor i Brehat. Wielu z walczących po stronie Thabor przebranych było za członków klanu Quimper, wówczas najpotężniejszego ze wszystkich klanów, by stworzyć pozory, że zyskali posiłki. Mimo to Brehat zwyciężyli, a przywódca ich klanu nakazał oszczędzić wszystkich więźniów prócz posiłków Quimper. I w ten sposób biedni Thabor zostali wyrżnięci w pień. Mieszkańcy skalistego półwyspu kochają jeść. Jedzą więc tak często jak tylko się da, tak różnorodnie jak tylko się da i tak wystawnie jak tylko się da. Ich dieta składa się przede wszystkim z ryb morskich i owoców morza, podawanych na przeróżne sposoby, a także z karczochów i białej fasoli - przyrządza się z niej potrawkę, bez której nie mogłoby by się obejść żadne święto. Inną tradycyjną potrawą są muszle napełniane mieszaniną małży, białego sosu, grzybów, gorzałki i maleńkich krewetek wielkości paznokcia, a także kiszka wypełniona gotowanymi w kiełbasie podrobami. Chociaż na co dzień rzadko kto ma czas prawdziwie celebrować jedzenie, to wszelkie uczty czy wesela są w Bremervoord prawdziwym obrządkiem. Zwykle trwają one przynajmniej pięć - sześć godzin i popijane są dużą ilością wina. Gospodyni nie jest oceniana tylko za sam smak potrawy, lecz także za jej wygląd i sposób podania, gdyż porządny posiłek powinien być ucztą również dla oka. Mówi się także, że z półwyspu właśnie pochodzą naleśniki, które je się tutaj na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację, we wszystkich możliwych kształtach i rodzajach, z nadzieniami słodkimi i pikantnymi - ze szpinaku, trufli, twarogu, miodu... Większość obywateli księstwa żyje na wybrzeżu, trudniąc się rybołówstwem czy połowem pereł. Nieodłącznym elementem plaż kamiennego przylądka są wyciągnięte na brzeg barki, sieci wiszące na palach i kurtyny ryb suszących się na słońcu. Działa tutaj gildia kupiecka, a także jubilerska, sprawująca pieczę nad obróbką i handlem perłami, których ogromną ilość codziennie wyławia się z bremervoordzkich wód. Mieszkańcy Foujer, leżącej w północnej części księstwa, niedaleko ujścia Adalatte, zajmują się jednak czymś nieco innym niż łowienie ryb - hodowlą. Wioska, czy może nawet małe miasteczko, powstała w kanionie w samym środku mrocznej kniei, wśród buków, dębów, kasztanów i świerków, w dość głębokim wąwozie o bardzo pochyłych zboczach. Jej zabudowania są niskie, jakby lekko przypłaszczone do podłoża, uliczki kilkupoziomowe, o stromych przejściach z jednego poziomu na drugi, lub przechodzące nagle w schody. Promieniom słonecznych trudno jest przedostać się przez spragnione choć odrobiny światła liście drzew, więc w wiosce nawet w dzień panuje przyjemny półmrok. Mimo że właściwie odcięte od cywilizowanego świata, Foujer znane jest ze swoich koni, które przyjęły nazwę noszoną przez wioskę. Jako krzyżówka zwykłych kucyków i najprzedniejszych zimnokrwistych rumaków są one bardzo wytrzymałe, szybkie i sprawne oraz wspaniale sobie radzą na pochyłych terenach, dlatego też wykorzystywane są przez wojska wielu państw Kontynentu jako konie juczne. O Bremervoordczykach mówi się, że są zmienni, niespokojni i przewrotni niczym samo morze - czasem gładkie niczym tafla lodu, innym znów razem wzburzone i drapieżne. Są więc niekiedy mistyczni i skłonni do melancholii, by potem stać się pełnymi energii i tryskającymi humorem, a ich ślepe oddanie może się zmienić w niewierność. Bremervoord zamieszkują przede wszystkim ludzie. Mówią, że dawno, dawno temu mieszkało tam wielu Aen Seidhe, lecz z czasem zabiły ich cholera, ludzie i... własna zgryzota. Poszarpana spękana półka kończyła się nagle równą, Dziwne i ciekawe miejsca w Bremervoord
|